Tak się złożyło, że dane mi było jeździć wokół masywu Sella oraz wspinać się na legendarne, dolomickie przełęcze, trzeci już raz... i mam nadzieję, że nie ostatni. Wszystkie wizyty były powodowane startem w wyścigu
SellaRonda Hero i zawsze w towarzystwie ludzi z Gomola Trans Airco. Będąc już w tym innym świecie, przedłużaliśmy zawsze pobyt o kilka czy też kilkanaście dni, by móc nacieszyć się jazdami po okolicznych zmarszczkach. W znakomitej większości były to jazdy offradowe, ale
Bike Day także zaliczyliśmy.
Ten region oferuje moc atrakcji każdemu fanowi dwóch kółek - szosowcom, crosiarzom, endurakom, zjazdowcom. ale także... turystom i wycieczkowiczom, pomimo tego, że trudno zrobić tam kilkadziesiąt kilometrów nie zbliżając się do (czy też nie przekraczając) magicznej granicy 2000 metrów przewyższeń.
I o ile zaawansowani kolarze zdobywają słynne przełęcze, takie jak Passo Sella, Passo Gardena, czy też Passo Pordoi, siłą mięśni (a bywa, że już tylko siłą woli), o tyle dla ludzi nie mających takich możliwości fizycznych, są rozwiązania alternatywne. Jako, że Val Gardena to przecież znany region narciarski, to nie jest niczym zaskakującym fakt, iż jest tam, znakomicie zorganizowana i dostępna także latem, sieć wyciągów, z których - jak się okazuje - korzystają nie tylko rowerowi turyści, ale także, a może przede wszystkim doświadczeni bikerzy... preferujący grawitacyjną odmianę MTB. A ścieżek zbudowanych dla nich jest tam pod dostatkiem. Wielką ich mnogość można spotkać w okolicach Canazei, a wysoką jakość tras i dostępność wyciągów potwierdziła kumpela z naszej ekipy - EnduroAda, która po dniu tam spędzonym była rozpromieniona i chyba wspominała, że to jeden z Jej the most beautiful day :)
Niestety, nie mamy zdjęć z tras enduro... wszyscy, poza Adą, jeździmy maratony, czyli tymczasem dajemy się zaszufladkować w kategorii crossiarzy, a nasza koleżanka jeszcze nie osiągnęła takiego stopnia enduro-wtajemniczenia, by w czasie zjazdów robić zdjęcia.
Wszystko przed Nią, aczkolwiek zapewniam, że możecie zaufać Jej ocenie.
Wracając do rowerzystów, dla których pokonanie kilkuset metrów w pionie, na odcinku kilku kilometrów, może być kłopotem, a nie chcą korzystać z wyciągów (lub też chcą wjechać w rejony, gdzie ich nie ma) jest rozwiązanie. Rzekłbym, że genialne :)
To e-bike, czyli rowery z elektrycznym wspomaganiem. Nie będę się tutaj rozwodził nad zasadami ich działania, zasięgiem, możliwościami etc. Napiszę jedynie, że mam na myśli rowery z wyższej półki niż miejskie - takie, na których bez problemu można zjechać z góry... i to takiej dolomickiej góry.
Są to w pełni wypasione górale, tyle że na e-dopingu :)
Zdarzało się po wielokroć, że tacy bikerzy wyprzedzali nas na podjazdach. My na przełożeniach 24/42, skale pulsometrów prawie pozamykane i... obok, na pełnej świeżości jedzie sobie ktoś na e-biku. Nasze miny - bezcenne.
Tak wiem, powiecie, że sens jazdy to podjazdy, ale jest to - jak wspomniałem - znakomite rozwiązanie dla kogoś, kto nie choruje, jak my, na cyklozę.
Ile kosztuje taki rower?
Pojęcia nie mam. Ale wypożyczenie, to koszt od 30 do 40 € na cały dzień. A wypożyczyć można dosłownie na każdym rogu ulicy, w każdym tamtejszym miasteczku.
Co jeszcze jest - poza widokami, które widzicie na zdjęciach - pociągającego w tamtych okolicach?
Znakomita kawa serwowana na wysokości +2000... a w wersji dla pogardzających dietą, podawana z Apfelstrudel, czyli strudlem jabłkowym.
Umm... to jedno (bo nie jedyne przecież) z bardziej kosmatych wspomnień tamtego wyjazdu :)
Ludzie.
Wszak bez przyjaciół, kumpli i znajomych takie hece nie mają sensu. Byli to znakomici kompani, ale to przecież żadne zaskoczenie - do Ortisei (bo tam mieliśmy bazę) pojechałem z teamem -
Gomola Trans Airco - nie mogło zatem być inaczej.
Jest w tej wstrętniej i niechcianej Europie (jak to niektórzy twierdzą) coś jeszcze, czego być może nie doczekam w kraju.
To tamtejsi mieszkańcy i atmosfera, jaką potrafią stworzyć. Przez tydzień wciąż i bez wyjątku spotykałem się z uśmiechem, serdecznością, dobrym słowem... tym, co u nas jeszcze długo będzie czymś wyjątkowym, a tam jest naturalnym zachowaniem.
Nie sposób wymieć wszystkich sytuacji, ale poczynając od sklepu, poprzez obsługę wyciągów, wszelkie knajpy i kawiarnie, ludzi na deptakach, na szlakach czy trasach MTB kończąc.
Ech... rozmarzyłem się, ale chciałbym mieć to na co dzień.
Nie piszę zbyt wiele o samym starcie w wyścigu -
zrobił to już mój kolega, dorzucę zaledwie swoje trzy grosze.
SellaRonda Hero to wyścig znakomicie zorganizowany pod każdym względem, z wypasionymi pakietami startowymi, obfitującymi we wszelkie dobra bufetami. Trasy wymagające żelaznej łydy - w wersji dla cieniarzy (to ja) 60 km i 3200 w górę, a w wersji dla twardzieli to 86 km i 4500 metrów w pionie. Jest co wciągać :)
Trasa zróżnicowana, dużo singli, trochę szutrów i minimalna ilość asfaltu. Jedyny składnik, którego brakowało, to większe trudności techniczne, ale ów brak nie ma wpływu na ogólną ocenę. Jest to impreza, którą zdecydowanie polecam.
Kiedyś rozmawiałem z przyjacielem o tym, że kolarstwo górskie, ze wskazaniem na maratony jest mało medialne. Bo o ile za kolarzami szosowymi może jechać motocyklista z kamerą, na XC można rozstawić dowolną ilość kamer stacjonarnych, to jak transmitować maraton?
Włosi dali sobie z tym znakomicie radę, W Eurosporcie była dwugodzinna transmisja, podczas której można było oglądać jadącą czołówkę.
Jak to zrobiono? Za zawodnikami, a czasem obok nich, jechał operator z kamerą na kasku.
Na e-bike'u.
Banalnie proste.
Dwie jeszcze linijki o wynikach. Najwyższą pozycję w swojej kategorii, wśród startujących w barwach GTA wywalczyła Paulina Capanda - była szósta wśród amatorek.
W klasyfikacji open zawodników licencjonowanych, w kategorii kobiet, druga była Michalina Ziółkowska, a czwarta Magda Sadłecka.
Chapeau bas.
Najwyżej sklasyfikowanym Polakiem był Michał Ficek - szósty na krótszym dystansie, a Bogdan Czarnota trzydziesty siódmy na długim. Oczywiście open i oczywiście wśród zawodowców.
Nie przytoczę ich czasów, bo gdyby ktoś porównał go z moim, to mógłby zapytać dlaczego cały dystans zrobiłem z buta.
Na koniec opowiem o tym, co mnie spotkało podczas wyścigu...
Miałem za sobą około dwóch trzecich dystansu, wjechałem na Passo Pordoi... tam miłym akcentem był doping części naszej ekipy, która nie startowała.
Na przełęczy zaczęło padać, temperatura spadła, zjechałem kilkaset metrów i zatrzymałem, by założyć coś przeciwdeszczowego. Zatrzymałem się na poboczu ścieżki, przy łące, by nie przeszkadzać innym zawodnikom. Gdy się ubierałem... złapały mnie niemałe skurcze (co mi się raczej nie przytrafia). Takie dziwne, bo w znakomitej większości mięśni. Po kilku momentach puściły, ale za parę sekund ponownie mnie dopadły.
Odrobinę się zdziwiłem, bo nigdy tak nie miałem...
Dopiero po chwili skumałem, że opieram się o druty... a elektryczny pastuch nastaje na moje marne życie.
Gdybym wówczas miał przy sobie kwiaty, to niechybnie bym je sobie wręczył.
Cóż, na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zdecydowanie polecić wszystkim ten zakątek świata. Nie będziecie żałowali, bo naprawdę warto ukręcić tam kilka kilometrów.
Nie zapomnijcie pojechać tam w doborowym towarzystwie - to warunek, który trzeba koniecznie spełnić.
Jest coś jeszcze, co sprawi, że będąc tam poczujecie się jak na innej planecie.
Typowy południowy chill oraz... włoskie jedzenie.
Mmm, tych wrażeń nie da się przelać na papier, czy też inną klawiaturę, ale kto smakował, ten kojarzy, co mam na myśli.
Oraz, nie wiem czy wspominałem, ale... włoska kuchnia, mmm :)
Galeria zdjęć z pobytu w Dolomitach.